Wpadamy na pomysł przyrządzenia jakiegoś
modowego jedzenia. Powód może być różny - ktoś do nas przychodzi i chcemy się wylansować albo po prostu nudzi nam się spaghetti z torebki i zupa pomidorowa z puszki (o tym kiedyś).
Szybka burza mózgów (nie wiem, ile ich tam macie, ja mam jakieś 3/4 przeciętnego) - mamy połowę maja, co jest
fensi, dżezi i
spoko? Szparagi. Szybki rzut oka do portfela zdradza nam, że na szparagi owszem, możemy sobie pozwolić, ale pod warunkiem, że do końca tygodnia przetrwamy na wodzie i paluszkach. Własnych, nie słonych. Jest jednak jeszcze jedna nowalijka, wprawdzie nieco passe, ale przynajmniej na tę samą głoskę. Szpinak!
TARTA ZE SZPINAKIEM
W piekarniku odnajdujemy naczynie żaroodporne kupione na promocji w Tesco, o którym zapomnieliśmy, bo jako kulinarne beztalencia rzadko korzystamy z czegoś innego niż garnek do ugotowania makaronu. Szukamy przepisu na tartę, który po odjęciu połowy składników okaże się być odpowiednio
za minimalną. Znajdujemy na przykład taki:
KLIK. Po wstępnej analizie dochodzimy do wniosku, że zamiast fety użyjemy sera fetopodobnego albo śmietany z solą, a
jakaś mąka jest równie epicka jak
mąka tortowa (bo nie wiemy, co to do cholery jest i czym się różni od poznańskiej).
Po wstępnym rozdziabaniu wydłubanego spod ściany lodówki masła z
jakąś mąką robimy w tym dołek i wylewamy tylko pół rozbełtanego z wodą jajka, bo i tak wszystko nam się rozpływa i brudzi szafkę, ścianę, podłogę i nas. Stolnica jest narzędziem burżujskim, więc korzystamy z deski do krojenia. Po wykonaniu pierwszych kilku kroków wychodzi nam ciastolina.
Wrzucamy glut do lodówki i
wchodzimy na Wizaż uczymy się do kolokwium. Po jakimś czasie (nie patrzymy, brońcie bogowie, na zegarek!) przypominamy sobie o naszym cieście. Postępując zgodnie ze wskazówkami osiągamy coś, co, tak! z grubsza przypomina spód tarty.
Nie pamiętamy, kiedy ostatnio widzieliśmy groch albo fasolę, bo uważamy je za twory niejadalne i służące do wyrabiania instrumentów muzycznych w podstawówce. Odnajdujemy na dnie szafki jakieś resztki cieciorki. Potem przypominamy sobie, że nie mamy papieru do pieczenia, więc idziemy do sklepu. Na miejscu odkrywamy, że papier do pieczenia kosztuje 8PLN, a papier śniadaniowy 0,99PLN. Kupujemy śniadaniowy. Po wyjściu ze sklepu przypominamy sobie, że nie mamy szpinaku. Wracamy się, kupujemy szpinak.

W trakcie pieczenia okazuje się, że papier śniadaniowy jest równie dobry, co papier do pieczenia - nadal nie zauważamy różnicy. Z grubsza myjemy szpinak i szarpiemy go na mniejsze kawałki, upychając w rondlu, żeby nie wypadał za bardzo, bo nie odszorowaliśmy jeszcze kuchenki po ostatnim parzeniu epickiej kawy i mógłby się zabrudzić. Jako wegetarianie sprawdzamy, czy nie zapodział się nigdzie jakiś ślimak albo inszy pasikonik. W międzyczasie odnajdujemy jakieś chaszcze, które na pewno nie są szpinakiem - po przemyśleniu tematu i wznieceniu w sobie nadziei, że są halucynogenne, postanawiamy je dorzucić.

Ponieważ szpinak musi być ze szczypiorkiem, a szczypiorek wyglądał mniej świeżo niż mój dziadek, kupujemy jakieś kiełki. Nie wiemy co to ani jak smakują, ale uznajemy, że wszystkie kiełki są trochę pikantne, więc perfekcyjnie zastąpią szczypior. Nasz facet krzywi się, że wstrętne. My też się krzywimy, bo smakują jak zupełnie trawiasta trawa, ale mówimy, że pycha i zdrowe, żeby nie stracić za bardzo twarzy. Wrzucamy garść do szpinaku.
Dalej postępujemy z grubsza zgodnie z instrukcją, dodajemy jednak mniej jajek, zastępujemy fetę dowolnym innym białym nabiałem i zapominamy patrzeć na zegarek, więc po jakimś czasie nie mamy zielonego pojęcia, co mamy teraz zrobić. Pod koniec pieczenia przypominamy sobie, że miał tam być jakiś ser. Czy mamy ser? Mamy! Czy jest to parmezan? Bynajmniej. Każemy facetowi zetrzeć ser, bo szkoda nam paznokci.
Po nieokreślonym czasie wyjmujemy nasze kulinarne arcydzieło z piekarnika. Jeśli jest jadalne - zjadamy. Jeśli nie jest - dzwonimy po pizzę (w wersji
budżetowej robimy kanapki z chlebem) i próbujemy znaleźć bezdomnego psa, który lubi lekko przypalone. Włala!